Panna Franciszka, pomylony akordeon...
E-Mail an Dariusz Muszer
layout_top
Dariusz Muszer_franciszka2schatten

Dariusz Muszer
Panna Franciszka, pomylony akordeon
i inne wiersze z lat 1983 – 1987

Erulier Verlag
Hannover 1995
86 stron



Nakład wyczerpany

......................................................................................................................................................


Głosy krytyki:

...bardzo dobra poezja, świetna w swej złości zdzierania z życia różowych masek. Po takim zabiegu pozostaje tylko szarość, brud. Wszystko jest skażone, nieczyste, bardziej zwierzęce aniżeli ludzkie. Bezmiernie smutne. Muszer wykorzystuje rozbudowane obrazy obyczajowe – gwałt, ucieczkę kochanków, życie wdowy po kolejarzu i krawca Efraima – na zasadzie przytoczonej anegdoty, uzupełnionej lub na tej podstawie zbudowanej – esencji filozoficznej upozorowanej na autentyczne  przeżycia bohaterów. Dzięki temu wiersze są bardzo prawdziwe. Stajemy się świadkami życia Białej Gabrieli, Efraima, rozpustnej dziewczyny i poddajemy się jego szarzyźnie i zarazem wielkiemu urokowi, melanchlolii, mając świadomość zagłady tego świata – jego zjawiskowości. Nie ma w tych wierszach momentu upiększenia: Król jest nagi, odrażający, ale bardzo interesujący – właśnie poprzez swoją odmienność.
Małgorzata Kowalska-Masłowska
NADODRZE


Muszer wieszczy nam zagładę, ale nie chce być naszym wybawcą.
Jacek Lewinson
KRZYWE KOŁO LITERATURY


Wiersze Dariusza Muszera z brutalnością negliżują rzeczywistość, są ostre w swej demaskatorskiej intencji, niekiedy prześmiewcze i szydercze. Poeta szokuje swoją wizją świata, używa mocnych, niekiedy wręcz antyestetycznych środków ekspresji. Kreuje świat jakby wyjęty z prozy Brunona Schulza, świat dziwny, niepojęty, nieszablonowy.
Zenon Łukaszewicz


Czytelnik tych wierszy zetknie się z poezją czerpiącą z jednego źródła – źródła zmętniałego, brudnego, leniwie płynącego. Tym źródłem są trafne, niestety, obserwacje zwykłego, biednego i nieszczęsnego życia. Życia powszedniego. Czyta się czasami te wiersze z przykrością. Wywołują uczucie ciężaru, smutku, nawet beznadziejności. Ale od czego jest poezja? Czy jej zadaniem jest tylko opis piękna tego świata i radość życia? Poezja jest po to, aby o naszym świecie mówiła prawdę. A że ten świat – co najmniej w połowie – piękny i radosny nie jest... Cóż, to już nie poezji wina.
Nie mogę więc obiecać czytelnikowi wierszy Dariusza Muszera radosnej ektury. Ale mogę go zapewnić, że spotka się z poezją.
Marek Wawrzkiewicz


Muszer drąży problematykę wnętrza człowieczego, lecz czyni to nie z dystansu teoretycznych uogólnień i filozoficznych refleksji, tylko pokazując ją na konkretnych, wziętych z życia przykładach. Konwencjonalną formę ballady umiejętnie krzyżuje z poetyckim reportażem. Ten przekaz nie jest w żadnym wypadku brutalny. Stwierdziłbym odwrotnie: Muszer fakty brutalizmu życia stara się przełożyć na autentyczny liryzm przekazu. ... Muszer odsłania nędzę upadku ludzkiego, ale równocześnie pochyla się nad nią pełen zrozumienia i współczucia dla słabości pękniętej ludzkiej natury. Godnym podkreślenia jest poetyckie obrazowanie Muszera zderzające liryczne wizje z werystycznym opisem naturalistycznych realiów.
Tadeusz Czarwid-Grabowski
ZIEMIA GORZOWSKA


......................................................................................................................................................

Efraim, krawiec

Szył swój garnitur przez pół wieku z górą
nie krócej, i dobrze się wyszykował
Pamiętał o suknie, by czarne, holenderskie było
ramiona watowane, szerokie jak ława w chederze
Nie chciał być za chudy i ciągle zgięty
Podszewka prążkowana, kamizelka, guziki na nóżce

A stary singer tak stukał i stukał
za solidnymi drzwiami w suterenie
zagłuszał pojedyncze życie Efraima, krawca
by nie zdążył pomyśleć nawet
by nie zdążył chcieć wszystkiego zostawić

Dotykał kobiety i zawsze przez materiał
wtedy były najbardziej gładkie i takie bliskie
Szybko odsuwały biodra od pokłutych palców
i zębów śmierdzących porannym czosnkiem

Gdy wychodziły, długo pieścił drewnianego manekina
i mówił: Dziś znowu miała czarną halkę bez koronki
różowy biustonosz, czy zauważyłeś Jaszo, Jakubie

O czwartej po południu położył się na chwilę
zdążył zapytać: Czemu nie dałeś mi skończyć, Szaddaj

A już igła zszywała kawałki powietrza w nic

Panna Franciszka

Gdy w końcu objęło ją wysokie lustro
wiedziała – jestem piegiem pośród twarzy
i stawała, i na próżno, na czubkach, w butach
też ciało głaskała, by ciepło odtaić

Rudych włosów nie czepiały się loki
oczy nie błyszczą same z siebie, obok łez
Tylko wieczorem marzyła o udach
a suche i do końca pozostaną

Miała zielonego ptaka; nie potrafił śpiewać ciszej
Udusiła kanarka w tydzień po prezencie
i klatkę do kubła, w nocy zagrzebała
pod obierkami, popiołem, z resztkami odkurzacza

Wróciła; w pokoju położyła Pana Tadeusza na stole
jubileuszowe wydanie, duże, z obrazkami Andriollego
i czytała, w księżycu, do rana
trzydziesty, może setny raz

Nie dotarła już nigdy za daleko
W czterdziestym czwartym roku życia
wyprzedziła swoją śmierć
jak wiatr wyprzedza spadające liście
 

......................................................................................................................................................

Sznur

Długo zbierała pieniądze
co dzień zakupy: chleb, mleko, ser, jajka, ziemniaki
i złotówka do lewej kieszeni, zawsze jedna
w foliowy woreczek pod sukienki w szafie
Nikt oka nie zatrzyma na dziewczęcych fatałaszkach

Znowu wrócił ojciec

Nie chciała śmiesznie wyglądać na gimnastyce
ale upadła na podwórku, koleżankom mówiła
i śmiała się, że taka niezdarna, że bęc robi

I wróciła matka

Gdy się ma dziewięć lat, po cóż wiedzieć
że życie można układać z kimś inaczej
i świat, że może kogoś na co dzień już nie chcieć

I złotówka, i kieszeń, i worek
i pół roku jak wiek cały
Aż uzbierała

Taki sznur proszę w sam raz
by utrzymał trzydzieści kilogramów
i nie pękł

Na strychu, gdzie nikt nie hodował gołębi
świt kołysał ciało jak wahadło drewnianego zegara
a przeciąg właśnie zamierzał porwać kurz z podłogi

Sobota

Nawet w najmniejszej rzeźni
każdy ochłap ma swoją nazwę

I ona biega od haka do wagi, do kasy, od haka
Jest niska, krwista, zmęczona
z zadkiem pełnym galaretki wieloowocowej
Pochyla się, rozciera odwieczny żylak
zdrapuje strup na twarzy, swędzący i suchy

Wieczorem, gdy kąpie
szóstą córkę w tej samej wodzie
ręce śmierdzą musztardą i starym łojem
Zapina dzieci kołdrami, gasi światło

I wtedy ma czas
by spokojnie obgryźć paznokcie
wymoczyć dłonie w wodzie z octem i solą
jak zepsute mięso z taniej jatki

Od dziś wieczora jest niedziela
Mąż próbuje
nie zrobić jej siódmej córki
Potem już ona chce zasnąć

......................................................................................................................................................

......................................................................

[Home]
[Wszyscy moi nieznajomi]
[Ksiega zielonej kamizelki]
[Panna Franciszka, pomylony akordeon...]
[Die Geliebten aus R. und andere Gedichte]
[Pestki i ogryzki]
[Zatrzymane wersy]
[Cudowny swiat zesputych mrowek]

......................................................................

layout_bottom_2
HomeProsaLyrikWszyscy moi nieznajomiKsiega zielonej kamizelki |  Panna Franciszka, pomylony akordeon... |  Die Geliebten aus R. und andere GedichtePestki i ogryzkiZatrzymane wersyCudowny swiat zesputych mrowekPresseVariaPerson |

Copyright 1999 - 2012. Alle Rechte vorbehalten